• Wszystko o akordeonie

  • Wywiady

  • Relacje z koncertów

  • Recenzje płyt

  • Sprzęt

Polski Portal Akordeonowy

akordeon.pl

Marcin Wyrostek: cały czas liczyłem, że moje życie się zmieni

 

   Marcin Wyrostek pokazał Polakom, że akordeon nie musi być obciachowy. Potrafi bowiem wyczarować z niego niezwykłą muzykę. Zanim jednak zwyciężył w "Mam talent!" i rozkochał Kayah czy Marylę Rodowicz w swojej grze, musiał pokonać wiele trudów. Z okazji premiery nowej płyty "For Alice" opowiada nam o całonocnych ćwiczeniach w garażu, zaprzepaszczeniu normalnego dzieciństwa, graniu na ulicach i nieustannym wsparciu żony. Przeczytajcie – a dowiecie się, jak spełniają się marzenia.

 

Paweł Gzyl: Ile waży akordeon?

Marcin Wyrostek: Zależy, jaki aktualnie posiadamy. Dzieci mają oczywiście lżejsze instrumenty. Ten, na którym obecnie gram, waży jednak prawie piętnaście kilo. Ten ciężar rósł razem ze mną. Ale mam nadzieję, że podobnie jak mój wzrost, już się zatrzymał. (śmiech)

 

Czuje się ten ciężar, kiedy gra się półtoragodzinny koncert?

Trochę tak. Ale opracowałem specjalny system pasów własnego patentu, który mnie odciąża. Co więcej – gram na stojąco, więc jest mi dużo łatwiej. To nie obciąża tak kręgosłupa, choć wydawałoby się, że jest inaczej. Balansuję trochę ciałem, wychylam się do przodu i do tyłu, ciężar przemieszcza się zatem z jednej strony na drugą. Dzięki temu jest mi wygodniej.

 

Trzeba uprawiać jakieś ćwiczenia fizyczne, żeby móc swobodnie grać na akordeonie?

Raczej nie. Najlepszy jest basen, bo rozluźnia wszystkie mięśnie. Wczoraj nawet byłem na nim pierwszy raz z moim półrocznym synkiem – i myślę, że będziemy częściej razem chodzić. Kiedyś wybrałem się na siłownię, jeszcze jak byłem w liceum – i pochodziłem przez kilka miesięcy. Potem pojechałem na konsultacje do profesora Joachima Pichury w Katowicach i on powiedział mi: "Coś jest u ciebie nie tak z palcami". Zrozumiałem wtedy, że przez ćwiczenia na siłowni usztywniłem sobie mięśnie przedramienia i ramienia. Dlatego musiałem z nich zrezygnować.

 

Czy ze względu na ciężar nie można grać na akordeonie do późnej starości?

Przekonamy się. (śmiech) Może z wiekiem będę musiał kupić lżejszy instrument z mniejszą ilością stroików i mechanizmów w środku? Ale najważniejsze jest rozciąganie miecha – i tutaj trzeba jednak olbrzymiej siły, ponieważ musi się odpowiednio sprężyć powietrze. Mam nadzieję, że jeśli będę nieustannie grać, to uda mi się utrzymać kondycję do późnych lat.

 

To rodzice zapisali Pana w dzieciństwie na akordeon?

Tak – zapisał mnie tato. Akordeon wręczył mi już, kiedy byłem w przedszkolu. Grałem więc sobie proste piosenki w domu. Pierwszy występ miałem na pożegnanie z przedszkolem. A potem, równolegle ze szkołą podstawową rozpocząłem edukację w szkole muzycznej pierwszego stopnia. Tata chodził ze mną na lekcje, obserwował jak gram, potem ćwiczył ze mną w domu. Z czasem nauczyłem się pracować samodzielnie – i już dalej poszło.

 

Nigdy nie ciągnęło Pana do innego instrumentu?

Miałem kilka przygód z innymi instrumentami – z klarnetem, z klawiszami, teraz ciągnie mnie, żeby nauczyć się grać na trąbce. Ale zawsze najważniejszy był akordeon.

 

Dużo Pan ćwiczył?

Kiedy tylko wpadły mi w ręce jakieś nutki, siadałem w garażu i grałem całą noc do siódmej rano. Wszyscy spali w domu u góry – a ja im nie przeszkadzałem. Na masce samochodu miałem kartki, z boku radio, krzesełko – i hej jazda! Potem pakowałem plecak i szedłem do szkoły. Kiedy z niej wracałem – znowu szedłem do garażu i ćwiczyłem. Interesowało mnie wszystko, co było inne od tego, czego uczono mnie na lekcjach. Niełatwo było wtedy zdobyć takie materiały, bo nie było internetu. Dlatego czasem spisywałem ze słuchu jakieś utwory, by potem aranżować je na swój sposób. To był dobra lekcja gry na instrumencie, bo dzięki temu poznawałem jego możliwości w praktyce, a nie tylko w teorii.

 

To, co Pan mówi, przypomina trochę historię głównego bohatera oglądanego niedawno na naszych ekranach filmu "Whiplash". Pan też spotkał na swojej drodze takiego nauczyciela, który za wszelką cenę próbował wymóc na Panu przekroczenie własnych ograniczeń?

Tak. Przez ponad siedem lat, od kiedy miałem lekcje u nauczyciela z Białorusi, który akurat przyjechał stamtąd do Jeleniej Góry. Przejął klasę akordeonu w tamtejszej szkole muzycznej i przez niego spędzałem w klasie cały wolny czas - kolejne weekendy, święta, ferie, wakacje. Przychodziłem rano do niego, on zadawał mi ćwiczenia, wykonywałem je w jednej z sal przez godzinę, a potem szedłem do niego z powrotem, aby mnie posłuchał. "To i to musisz poprawić" – mówił wtedy, a ja szedłem do sali ćwiczyć dalej. Po godzinie znowu to samo – i tak przez cały dzień.

 

Jak Pan to wytrzymywał?

Sam tego chciałem! Miałem też mobilizację w postaci taty i nauczyciela. Dlatego nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że może być inaczej. Miałem wpojoną systematyczność w pracy. Dlatego wszystko robiłem z automatu – tak, jak jadłem śniadanie, obiad i kolację.

 

A co ze zwykłym dzieciństwem?

Pamiętam, że kiedy kończyłem ćwiczyć i odrobiłem wszystkie lekcje, była już przeważnie dziewiąta wieczór. Radosny, wybiegałem na podwórko, żeby spotkać kolegów, a tam... już nikogo nie było. Kiedyś mama jednego z nich była wręcz oburzona, że tak późno przychodzę, aby wyciągnąć jej syna na podwórko. (śmiech)

 

Szczerze się przyznam, że miałem w podstawówce kolegę, który też uczył się grać na akordeonie. I niestety – razem z innymi kumplami śmialiśmy się z niego. Bo my uważaliśmy, że trzeba grać rocka na gitarach i perkusji, a nie jakieś ludowe melodyjki na akordeonie. Przeżył Pan coś podobnego?

W towarzystwie pozamuzycznym początkowo krępowałem się tego, że gram na akordeonie. Kiedy występowaliśmy na rynku miasta w ramach jednej ze szkolnych imprez, czułem się bardzo speszony. Sytuacja zmieniła się dopiero na koniec liceum. Po zdaniu matury miałem zagrać na specjalnej uroczystości. Trochę się z tym ociągałem, aż w końcu się zgodziłem. "No, dobra, co mi tam, jakoś przeżyję" – pomyślałem. I byłem bardzo zaskoczony reakcją kolegów z klasy – okazało się, że im się jednak podobało. Bardzo mnie to podbudowało.

 

A dziewczynom imponowało to, że gra Pan na akordeonie?

Niestety – to nie był żaden atut w moich rękach. Kolega, który uczył się w tej samej klasie szkoły muzycznej co ja, opowiadał, że kiedyś na dyskotece zaczął się przedstawiać dziewczynom, mówiąc, że gra na akordeonie. Wtedy wszystkie od razu odchodziły. (śmiech) Dlatego sam już tego nigdy nie próbowałem.

 

Ale żonie to nie przeszkadzało?

To prawda. Chodziliśmy razem do tej samej szkoły – dziennej, nie muzycznej. Potem opowiadała, że zwróciła na mnie uwagę po raz pierwszy w ósmej klasie, kiedy w marynarce w kratę grałem na jednym z uroczystych apelów. Czyli – jednak z tym akordeonem jakoś wyróżniałem się wśród innych uczniów. (śmiech) No i całe szczęście Alicja nie miała nigdy uprzedzeń do tego instrumentu.

 

Grywał Pan czasem tylko dla niej w jakichś romantycznych sytuacjach we dwoje?

No... czasami się zdarzało. Nawet sama prosiła, żebym jej zagrał. To było dla mnie bardzo miłe, że ktoś, kogo darzę uczuciem, chce mnie słuchać.

 

Większość akordeonistów po studiach idzie do szkół, aby uczyć dzieci muzyki. Pan jednak niemal z uporem maniaka próbował przebić się do show-biznesu. Z czego to wynikało?

Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale momentami miałem bardzo realne wyobrażenia, że występuję i gram gdzieś na festiwalach czy w telewizji. Nie wiedziałem, jak mógłbym zrealizować to marzenie, ale z tyłu głowy cały czas je miałem. Granie sprawiało mi taką przyjemność, że nie potrafiłem poprzestać na nauczaniu w szkole, choć i taki epizod miałem w swoim życiu, bo była to dla akordeonisty niemal jedyna możliwość pracy na etacie.

 

Miał Pan trudne chwile, zanim udało się osiągnąć sukces?

Grałem wszędzie, gdzie się dało. Jechałem choćby do Niemiec i występowałem na ulicach. Grałem w świetlicach, na barkach, w szkołach i przedszkolach, w domach kultury, na wszelkiego rodzaju świętach. Przygotowałem z tysiąc ofert – i wysłałem je przez internet. Gdy ktoś się zainteresował, odpisywałem natychmiast "OK", wsiadałem w samochód i gnałem przed siebie. Wszyscy byli wtedy zdziwieni, że nigdy nie pytam "za ile". A ja liczyłem, że coś się wreszcie wydarzy i moje życie się zmieni.

 

Dawał Pan sobie z tym wszystkim radę?

Miałem chwile przemęczenia. Pewnego razu przegiąłem po prostu z pracą - i wylądowałem w szpitalu. Nie dbałem o siebie, jadłem byle co, grałem tylko i grałem. W końcu doigrałem się ostrego zapalenia trzustki i musiałem spędzić dwa tygodnie w szpitalu pod kroplówką. Mało tego – nawet dwa dni przed finałem "Mam talent" trafiłem do szpitala, bo coś mi się zaczęło dziać. Całe szczęście wypuścili mnie w porę.

 

Nigdy się Pan nie załamał?

Kiedy grałem na ulicy w Niemczech, spotkałem starszego faceta, który zaczął mi opowiadać, że rok temu zaczął się uczyć grać na akordeonie i właśnie kupił sobie instrument. Okazało się, że to najlepszy koncertowy akordeon, jaki wówczas istniał. A ja sterczałem na tej ulicy z tym swoim instrumentem i... odpadały mi z niego guziki. Kleiłem je "kropelką" i taśmą izolacyjną. Kiedy usłyszałem, co mówił, wręcz się załamałem. Podobnie było na jednym z konkursów. Też mi się wtedy sypał akordeon. Tymczasem trafiłem tam na Włoszkę, która miała superinstrument, a mimo to marudziła, że granie się jej nudzi i chyba z tym skończy. Z zazdrością pomyślałem: "A ja chciałbym dalej grać, a nie mam takiego instrumentu". W pewnym momencie wszystkie te trudne momenty się skumulowały. Postanowiłem wtedy, że daję sobie czas do końca 2009 roku – jeśli nie uda mi się przebić, to zrobię sobie przerwę albo zupełnie zmienię zawód i wyjadę z tego kraju. I akurat tak się złożyło, że w grudniu był "Mam talent".

 

Spodziewał się Pan sukcesu?

To był dla mnie idealny moment. Wcześniej nie wykorzystałbym szansy, jaką dostałem w tym programie. Dopiero wtedy nabyłem bowiem muzycznego doświadczenia, zebrałem fajny zespół i nagrałem płytę. To wszystko zbiegło się ze sobą – i dzięki temu zwyciężyłem.

 

Koledzy z uczelni muzycznej nie potraktowali Pana występu w "Mam talent!" jako niepoważnej fanaberii?

Ci, z którymi rozmawiałem, gratulowali mi sukcesu. Mam nadzieję, że szczerze. Mówili nawet, że pojawiło się większe zainteresowanie akordeonem wśród dzieci i rodziców. Sądzę więc, że środowisko związane z tym instrumentem też mogło na tym skorzystać.

 

Faktycznie: trochę się pozmieniało w kwestii akordeonu. Duże sukcesy odnosi Motion Trio, ciekawie wykorzystują ten instrument Czesław Mozil czy Renata Przemyk. Udało się Wam wszystkim sprawić, że akordeon nie jest już dzisiaj w Polsce obciachowy?

Ten instrument jest na tyle młody, że dopiero teraz wkracza na sale koncertowe. Skrzypce, fortepian, gitara, klawesyn – też miały przecież swą ludową historię. Ale było to już bardzo dawno temu. Tymczasem akordeon ma zaledwie dwieście lat. Na początku grali na nim przypadkowi muzycy, choćby pianiści, dopiero w XX wieku zaczęto pisać nań kompozycje. Ten zbiór utworów cały czas się rozrasta, dlatego mamy dziś już różnych akordeonistów - klasycznych, jazzowych czy folkowych.

 

No i okazało się, że akordeon ciekawie sprawdza się w popie. Przykładem tego choćby Pana współpraca z Kayah czy z Marylą Rodowicz.

Najczęściej gram z Kasią. I z nią jest fajnie, bo jest bardzo spontaniczna, kieruje się emocjami podczas występów. Dlatego na scenie tak dużo się wtedy dzieje. To fajna szkoła uduchowionego grania w pełni od serca. Niesamowite przeżycie miałem tez z Bobby McFerrinem. On tak potrafi słuchać drugiego muzyka, że nie potrzebowaliśmy nawet próby, żeby razem zagrać. Jeśli chodzi o Marylę, to jestem powalony jej energią. Kiedy graliśmy razem, myślałem, że rozwali scenę. Wielu młodych artystów mogłoby jej pozazdrościć. Każda taka kooperacja czegoś mnie uczy.

 

Teraz zapewne będzie Pan jednak skoncentrowany na promocji autorskiej płyty – "For Alice". Zaskoczyła mnie jej różnorodność. Na tym polega urok akordeonu, że można na nim zagrać niemal wszystko?

Tak. Akordeon daje ogromne możliwości brzmieniowe. Jeśli do tego nie ogranicza mnie tekst piosenki – mogę nawiązywać do każdego gatunku muzycznego. Dlatego sięgam tu do folkloru argentyńskiego, celtyckiego, klezmerskiego, polskiego. Ten brak ograniczeń jest bardzo inspirujący i uatrakcyjnia koncerty, zarówno dla mnie, jak i dla moich słuchaczy. Gdybym miał zagrać solowy występ z tangiem przez półtorej godziny – chyba zanudziłbym odbiorców na śmierć.

 

Płyta pokazuje też, że akordeon ciekawie współgra z orkiestrą kameralną, ale – i z zespołem dętym.

Jakbyśmy chcieli sklasyfikować akordeon, to jest on instrumentem dętym, a zarazem – klawiszowym, a nawet... perkusyjnym. Dlatego tak dobrze pasuje do wszelkich składów.

 

Łatwo się komponuje na akordeonie?

Chyba jak na każdym innym instrumencie. Ja najpierw szukam pomysłów w głowie. Potem przekładam je na instrument. Jak nie mam akordeonu pod ręką, to nagrywam swój śpiew na dyktafonie. Potem ubieram to w odpowiednie dźwięki, aranżuję i harmonizuję.

 

Najbardziej zaskakuje na płycie cover "Tej ostatniej niedzieli". Skąd ten pomysł?

Dwa lata temu poznałem Jacka Cygana. I on podrzucił mi swoją książkę "Ostatni klezmer Rzeczpospolitej Polskiej". Opowiada ona o Leopoldzie Kozłowskim z Krakowa, który jest ostatnim, żyjącym przedstawicielem autentycznych, przedwojennych żydowskich muzyków w Polsce. W czasie wojny został wraz z kolegami i braćmi schwytany przez Niemców i zawieziony do lasu na rozstrzelanie. Kiedy żołnierze wyjęli broń, Kozłowski zapytał ich, czy mogliby jeszcze razem zagrać ostatni raz w życiu. Kiedy ci się zgodzili – właśnie wykonali "Tą ostatnią niedzielę". Tak wzruszyło to oprawców, że darowali im życie i zawieźli do obozu. Chciałem swoim wykonaniem, w którym wsparł mnie wokalnie Marcin Jajkiewicz, kolega z zespołu Tango Corazon, oddać dramatyczny nastrój tej historii.

 

A dlaczego płyta jest dedykowana żonie?

Tyle lat byłem poza domem, a ona była biedna sama w domu, że chciałem jej podziękować w ten sposób za jej miłość, cierpliwość i poświęcenie. Co więcej – urodził nam się synek i skończy pół roku dokładnie 14 lutego, kiedy wypada premiera płyty. Dlatego "For Alice" to takie podsumowanie mojej drogi artystycznej i życiowej, o jakim zawsze marzyłem.

 

Będzie Pan starał się zainteresować synka akordeonem, kiedy trochę podrośnie?

Nie wiem. Na pewno pomogę mu odnaleźć jego własną pasję. Jak to będzie akordeon – to super. A jak to będą rajdy samochodowe – to też super. Bylebym tylko umiał pomóc mu w sobie odkryć i zrealizować tę pasję. To chyba najtrudniejsza rzecz w życiu. Najważniejsze, żeby był szczęśliwy.

 


Autor: Paweł Gzyl

Tekst zamieszczony za zgodą autora.

 

TEKST ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY NA PORTALU WWW.ONET.PL